Jakiś czas temu przejąłem stary dom po moim dziadku. Dom ten nie był remontowany przez wiele lat, w związku z tym jego stan był opłakany. Dlatego, kiedy postanowiłem wyprowadzić się z mieszkania w bloku i w nim zamieszkać, podjąłem decyzję, aby go wyremontować. Zaprosiłem fachowca. Kiedy przyjechał i obejrzał mój stary dom, powiedział: "Panie, taniej będzie zbudować nowy dom niż wyremontować ten stary." I dodał: "Tu się wszystko sypie. Wyda pan kupę pieniędzy, a i tak nie będzie, jak powinno być. Wpakuje się pan na minę!" Posłuchałem tej rady i faktycznie zrezygnowałem z planów remontu starego domu na rzecz budowy nowego. Z perspektywy czasu widzę, że była to dobra decyzja. Stan techniczny starego domu był tak zły, że remont był po prostu nieopłacalny.
Tak samo jest z człowiekiem. Oczywiście są sytuacje, gdy warto walczyć o życie, ratować i leczyć chorego, lecz zdarza się, że wszelkie zabiegi są bezsensowne i noszą znamiona terapii uporczywej. Na przykład gdy nowotwór rozsiał się po całym ciele, zaatakował już płuca, trzustkę i kości, zaś farmakoterapia nie przynosi żadnych rezultatów, a wręcz pogarsza stan pacjenta, to często leczenie ogranicza się do uśmierzania bólu, zaś pacjent musi pogodzić się z tym, że zostało mu niewiele czasu. Jest bowiem za późno, aby zrobić coś więcej. Operowanie go w tej sytuacji byłoby przejawem desperacji.
Tym bardziej desperacki byłby masaż serca i sztuczne oddychanie u człowieka, który od kilku dni nie daje oznak życia, zaś na jego ciele pojawiły się plamy opadowe. Każdy lekarz w takiej sytuacji ograniczy się do wypisania aktu zgonu.
Ku mojemu zdziwieniu, w dzisiejszych czasach, wiele osób pracuje nad swoim duchowym rozwojem: jedni uprawiają jogę, inni medytują, jeszcze inni angażują się w działalność charytatywną. Są też tacy, którzy poprzez pełnienie dobrych uczynków, starają się zrekompensować zło, które popełnili w życiu.
Wszystkie te starania są nieracjonalne, bezsensowne i noszą znamiona terapii uporczywej. To w istocie reanimowanie duchowych nieboszczyków!
Powiesz jednak: "Ale przecież ja jeszcze żyję!" Tak, w sensie fizycznym twoje życie nadal trwa. Jednak w sensie duchowym jesteś martwy. Życie w sensie duchowym to bowiem coś więcej niż jedzenie, poruszanie się, chodzenie do szkoły czy pracy, codzienne sprawunki. O prawdziwym życiu można mówić tylko wtedy, gdy przepełnione jest radością, miłością i pokojem, a ten można osiągnąć tylko wtedy, gdy żyje się z Bogiem.
Starożytny filozof, Augustyn z Hippony, napisał w swoich wspomnieniach:
“Stworzyłeś nas (...) jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” (Wyznania I, 1; tłum. Zygmunt Kubiak).
Kiedy zerwiemy z drzewa liść, przez pewien czas wygląda on jak żywy: jest zielony i jędrny. Wkrótce zaczyna jednak usychać. Podobnie jest z życiem ludzkim: człowiek oderwany od Boga, zachowuje na pewien czasu funkcje życiowe; w istocie jednak staje się martwy duchowo i niewiele czasu potrzeba, aby umarł również fizycznie.
Z tego powodu Apostoł Paweł napisał w Liście do Efezjan:
Ef 2,1: A was, którzy umarliście z powodu waszych występków i grzechów,
Być może dziwi cię surowy ton Apostoła, ale taka jest prawda: choć być może sobie tego nie uświadamiasz, to w oczach Bożych jesteś martwy. Poruszasz się, odżywiasz, oddychasz, ale jesteś liściem zerwanym z drzewa, a dokładniej: człowiekiem oderwanych od Boga. Jesteś duchowym trupem, a wkrótce staniesz się także fizycznym trupem.
No dobrze, ale być może zapytasz: "Kiedy umarłem i co spowodowało moją śmierć?" Umarłeś wtedy, kiedy popełniłeś grzech. Grzech jest złamaniem Bożego przykazania. Kiedy zbuntowałeś się przeciwko Bogu, który cię stworzył, po prostu umarłeś. Tak, jak liść nie jest w stanie żyć samodzielnie bez swojego drzewa, z którego czerpie odżywcze soki, tak ty nie jesteś w stanie żyć bez Boga, który jako jedyny ma moc, aby podtrzymywać twoje życiu. Odłączają się od Boga, zrywając z nim, w istocie umarłeś.
Grzech nie jest zabawą, a Bóg nie jest stetryczałym dziadkiem, który ma zaniki pamięci. Wielki, wszechmocny Bóg, który stworzył niebo i ziemię, ustanowił prawo. Konsekwencją złamania tego prawa jest śmierć. To nie Bóg cię zabija, to ty sam popełniłeś samobójstwo, buntując się przeciwko swojemu Stwórcy i z własnej woli odłączając się od Niego. Umarłeś z powodu swoich występków i grzechów.
Ale być może powiesz: "Nie wierzę w tego Boga i nie interesują mnie Jego przykazania..." Przyjacielu, a czy ktoś pyta złodzieja, czy wierzy w kodeks karny lub czy uznaje sędziego? Gdy przestępca łamie prawo, jest chwytany i prowadzony przed sąd, bez względu na to, czy mu się to podoba czy nie! Tak samo jest z Bogiem: On nie zapyta cię, czy Go uznajesz, lecz po prostu wymierzy ci karę, która przysługuje ci za złamanie Jego prawa.
Kiedy byłeś nieposłuszny rodzicom a twoja matka płakała z twojego powodu, kiedy lekceważyłeś swoich nauczycieli, kiedy oszukiwałeś na sprawdzianach i egzaminach, kiedy niesumiennie wykonywałeś swoją pracę, kiedy wspierałeś przemysł pornograficzny poprzez oglądanie obscenicznych filmów w internecie - za każdym razem łamałeś Boże prawo.
Porzucając Boga, umarłeś. Twoje wysiłki, aby się wyleczyć lub ożywić są spóźnione. Póki topielec utrzymuje się na powierzchni wody i jest w stanie zaczerpnąć od czasu do czasu powietrza, póty ma nadzieję. Lecz gdy bez tchu opada na dno, śmierć zagląda mu w oczy. W sensie duchowym opadłeś na dno.
Ale być może zaprotestujesz: "Przecież nie jestem aż taki zły, aby karać mnie śmiercią!" To prawda, że większość ludzi lubi myśleć i mówić o sobie, że choć nie są idealni, to w istocie są porządnymi ludźmi. Przyjacielu, nawet więźniowie odsiadujący wieloletnie wyroki zwykle mają o sobie dobre zdanie. Bóg jednak myśli o ludziach inaczej. W Liście do Rzymian czytamy:
Rz 3,10-12: jak jest napisane: Nikt nie jest sprawiedliwy, nikt nie rozumie, nikt nie szuka Boga. Wszyscy zboczyli [z drogi], zarazem stali się bezużyteczni; nie ma nikogo, kto czyniłby dobro, nie ma ani jednego.
Jeśli więc twoje sumienie cię nie oskarża, to znak, że jest ono zepsute, jak cała twoja ludzka natura.
Twoje sumienie i twoje życie są zbyt zepsute, abyś mógł je naprawić. Jesteś zbyt chory, abyś mógł się wyleczyć. Opadłeś bez tchu na dno, więc nie ma fizycznych możliwości, abyś o własnych siłach dopłynął do brzegu. Porzuć myśli o tym, że zdołasz się ożywić poprzez medytację, jogę, chodzenie do kościoła, spełnianie dużej ilości dobrych uczynków. Te wszystkie praktyki byłyby być może dobre dla żywych, a ty od dawna jesteś martwy. Spóźniłeś się.
Czy w takim razie nie ma dla ciebie żadnej nadziei? Jest. Co bowiem niemożliwe u ludzi, to możliwe u Boga. Tą nadzieją jest Jezus Chrystus, które Bóg posłał, aby ożywił to, co martwe. O tym mówi dalsza część Listu do Efezjan.
---
Przejdź na stronę: https://www.superbiblia.pl
aby sprawdzić, co jeszcze przygotowałem dla Ciebie, abyś lepiej poznał Pismo Święte.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz